Dziś in vitro, jutro przeszczepy?
08/11/2010 8 komentarzy
Przyglądając się dyskusjom dotyczącym in vitro, a przede wszystkim przysłuchując się argumentom przeciwników tej metody leczenia bezpłodności, zastanawiam się, kiedy się wezmą również za przeszczepy i spróbują ich zakazania.
Można by się zapytać, co ma jedno z drugim wspólnego, ale bez obaw, ma i to wiele, szczególnie gdy skorzysta się z optyki właśnie tych, którzy metodę in vitro chcą zakazać lub nawet ograniczyć. Koronnym argumentem przeciwników tego sposobu leczenia bezpłodności jest bowiem problem z nadliczbowymi zarodkami. Owszem, pojawiają się również uwagi o „niegodnym” poczęciu, zagrożeniu wadami genetycznymi lub eugenice, ale są tak zabawne, iż nawet nie powinny być brane pod uwagę, ponieważ są wynikiem, delikatnie mówiąc, ignorancji. Jedynym ważkim argumentem jest fakt, iż wciąż nie istnieją przepisy, które by regulowały kwestię nadliczbowych zarodków, pozostających po udanym zabiegu. Czy zamrażać je, czy niszczyć, czy może oddawać do adopcji.
Skoro jednak ta kwestia nie jest uregulowana, zamiast zakazywać stosowania metody in vitro, należy wreszcie stworzyć przepisy, które dadzą jasne wytyczne w tej sprawie. Kwestia nadliczbowych zarodków jest tylko jednym z elementów całej metody, tak jak, w przypadku przeszczepów, kwestia pozyskiwania i dystrybucji organów.
Jeżeli przyjąć logikę przeciwników metody in vitro, dla których nieprawidłowości w, powiedzmy, gospodarowaniu zarodkami są wystarczającym argumentem dla zakazania całej metody, należałoby zakazać również przeszczepiania ludzkich organów, ponieważ tu także nie jest różowo. Nawet mimo istnienia odpowiednich przepisów, wciąż zdarzają się przypadki handlu organami, które to organy bywają, na dodatek, pozyskiwane w sposób daleki od humanitaryzmu.
Próby zakazania, a nawet ograniczenia stosowania metody in vitro jedynie z powodu bałaganu w przepisach przypomina więc leczenie trypla pudrem. Zamiast usunąć przyczynę niezgody, która na dodatek jest zaledwie fragmentem całości, próbuje się udawać, iż problem w ogóle nie istnieje. Tymczasem na całym świecie in vitro to uznana metoda leczenia bezpłodności, której twórca został nagrodzony tegorocznym Noblem. Metoda, dzięki której wiele rodzin doczekało się wreszcie potomstwa. Czy życie dzieci i ludzkie szczęście nie są wystarczającym powodem, aby zadać sobie trochę trudu i wreszcie zrobić porządek w przepisach?

Piotrze jakkolwiek lubię Cie czytać to w tym przypadku pozwalasz sobie na daleko idące uproszczenia by nie rzec dosadniej. Metoda in vitro nie moze byc kreowana na jedyna opcje dla osób mających problem z poczeciem własnego dziecka! Poza tym sugerując ze osoby będące przeciwnikami tej metody są jakby tu powiedziec, mało rozgarniete zaraz zaczną narzucać Tobie i innym swoje prawa. W tym przypadku jest wręcz odwrotnie i mam odczucie ze nasze prawa są dopiero teraz gwalcone w pięknym stylu. A in vitro? Pomijając wagę tej jednej z kilku opcji dla rodzin chcących miec dziecko jest tematem zastepczym.
Nigdzie nie piszę, że to metoda jedyna, ani też, tym bardziej, obowiązkowa. Natomiast pozostaje faktem, iż to metoda uznana i stosowana z sukcesem na całym świecie. To raz. Dwa, że istnieją dwa rodzaje zastrzeżeń do tej metody: prawne, ponieważ brak regulacji postępowania z nadliczbowymi zarodkami, oraz ideologiczne, ponieważ, dla przykładu, „poczęcie na szkiełku laboratoryjnym” wydaje się niektórym niegodne. O ile to pierwsze bezwzględnie wymaga regulacji, o tyle drugie powinno pozostać w gestii sumienia każdego człowieka, podobnie jak ma to miejsce w przypadku przeszczepów. Przepisy prawne regulują procedurę uzyskania zgody i pobrania organów, tak jak powinny regulować procedurę postępowania z nadliczbowymi zarodkami. Natomiast to, czy ktoś chce zostać dawcą lub biorcą organu pozostawione jest decyzji każdego z osobna.
Dlatego będę się jednak upierał, że brak uregulowań prawnych dotyczących postępowania z nadliczbowymi zarodkami jest wykorzystywany do narzucenia pewnej ideologii i zablokowania całej, niezgodnej z nim metody.
Problemy etyczne metody in vitro to odzielna sprawa, ale mnie zastanawia nieco inna rzecz- głównym oponentem stosowania tej metody jest instytucja która przez blisko 2000lat wykazała się totalnym brakiem szacunku dla ludzkiego życia i kto wie czy nie powinna zostać okrzyknięta jednym z najokrutniejszych morderców w dziejach ludzkości. Oczywiście każdy ma prawo do zmiany poglądów i poprawy, tak i kościół o którym piszę, ma do tego prawo i jak widać faktycznie takie zmiany przechodzi od lat kilkudziesięciu, może od kilkunastu dekad. Jednak nasuwa sie pytanie czy ma on prawo do nakłaniania ludzi do podejmowania decyzji. Reasumując nawet jeśli in vitro jest morderstwem, to taki ludobójca jak kościół nie ma prawa do jego krytyki.
- ja sam w podobnych przypadkach rozpoczynam od rozeznania światopoglądu, systemu wartości na bazie których stworzona jest dana konstrukcja. Jeśli jest to współbrzmiące z wartościami uznawanymi przeze mnie lub współbrzmiącymi z tym, co jest dla mnie istotne, to mam do takiej propozycji/zalecenia/oświadczenia/pochwały/krytyki inny stosunek niż w przypadku, w którym rozpatrywana konstrukcja oparta jest na myśleniu takim zupełnie nie moim. Natomiast faktem jest, iż nie dzieje się dobrze, jeśli jeden światopogląd – i to zwłaszcza gdy jest nie tyle realizowany co nagłaśniany, i to często z zaprzeczeniem jego podstawowego przesłania, służy jako ekskuza czy racjonalizacja załatwiania spraw z zakresu zupełnie innego niż systemy wartości. No i w drodze zbyt częstych ostatnio obserwowanych zabiegów socjotechnicznych ma być na dodatek uznany za światopogląd dominujący. Tu przypomina mi się piosenka Salonu Niezależnych o wyrozumiałości – ciotecznej siostrze tolerancji.
Nie wiem, Piotrze, czy technologii in vitro może być porównywana z technologią transplantacji. W pierwszym przypadku chodzi o elementy niejako niosące czy “zawierające” życie. W drugim – cóż, ręka, wątroba czy nerki nie są życiem/bytem samym w sobie. Natomiast oczywiście rozumiem obawę eskalacji ewentualnych zakazów/potępień.
Mam wrażenie, Przemku, iż Piotr nawołuje do uczynienia porządku prawnego w przedmiotowej kwestii. Wydaje mi się to o tyle ważne, iż żyjemy w systemie demokratycznym, czyli: większość tworzy prawo. A jaka jest nasza większość – cóż, I know, you know, but: do they know ?
Bardzo bym się zastanawiał, Panie Janie, nad odmową legitymacji do wypowiedzi komukolwiek. Jeśli o Kościół chodzi, to pomijając na stronie wpływ Kościoła na dzieje cywilizacji europejskiej pamiętam samemu iż ten kościół widoczny, fizykalny składa się z ludzi, i tak reprezentuje aktualny stan świadomości społeczeństwa w danym czasie i na danym terenie. Domyślna odmowa a priori prawa do wypowiedzi/nakłaniania/nauczania takich to a takich grup czy legalnie istniejących instytucji przypomina mi moją młodość, kiedy to dyskutowano, czy w grze w brydża bezpartyjni mają prawo impasować.
Nazywanie in vitro leczeniem niepłodności jest dość śmieszne, bo sama metoda niczego nie leczy. Mnie martwi raczej inna sprawa – natura nie jest głupia a dzięki in vitro zaczynamy produkować (dosłownie produkować) ludzi którzy normalnie by na tym świecie nie zaistnieli. Ewolucja się nie zatrzymała i raczej się nie zatrzyma, nie jest to kwestia 10,50 czy nawet 200 lat, ale ciekawi mnie tylko jakie skutki będzie miało wyprodukowanie ludzi “słabszych” genetycznie tylko po to aby sprawić radość rodzicom.
Ależ proszę, przecież produkowanie „słabszych genetycznie” jest cechą cywilizacji od czasów zarzucenia obyczajowości Spartan. Toż właśnie postęp umożliwił zachowanie przy życiu osób, które w „naturalnych” warunkach by nie przeżyły. Czego efektem jest, nota bene, obecność w nauce Stephena Hawkinga.
Nie wspominając o fakcie, iż występowanie wad genetycznych wśród „dzieci z probówki” to 3,3% (w porównaniu do 3% wśród dzieci poczętych „naturalnie”).
Pingback: Tweets that mention Dziś in vitro, jutro przeszczepy? « Myśli potargane -- Topsy.com
o ile mi wiadomo metoda in vitro nie leczy bezpłodności, a jedynie zapobiega bezdzietności par . Gdy ktoś ma za mało wojowników to w prawdzie po zastosowaniu metody in vitro jego pani może być “brzemienna”, jednakże on dalej swoich wojowników będzie miał za mało – jak to mówią – z pustego i salomon nie naleje…
druga sprawa – co z zarodkami? Mówi się o 30% , które przeradzają się w życie. A w naturze ta liczba wynosi niecałe 20-25% zakładając warunki “optymalne”, gdzie wiadomo, że matka poszła na targ i jest szansa, że wcześnie nie wróci, albo gdy już wszyscy(no prawie) poszli spać i wspólne oglądanie filmu stanie się
nad wyraz pobudzające… Pytanie – i co teraz? Może w ogóle zakazać się pie#$%@ i zdać się na niepokalane poczęcia? Tylko kto by w tedy dawał na kościół, bo podejrzewam, że zwolenników takiego przyjścia na świat (przymusowych czy przypadkowych) nie było by za wielu, nie mówiąc już o marnych skutkach w perspektywie wyżu demograficznego.
Interesowałby mnie jeszcze jeden aspekt – poniekąd statystyczny. A mianowicie – ilu jest księży, którzy przy pomocy właśnie metody in vitro przyszli na świat? Nie oczekuje tu liczb nie wiadomo ilu cyfrowych – się wie… Chodzi mi jedynie o fakt / wskazanie hipokryzji w akcie dążenia do zakazania metody in vitro. To było moje słowo na sobotę. Pozdrawiam. over and out.